Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2015

DIY - stoper do drzwi

W poprzednim poście obiecałam zamieścić turorial, jak zrobić stoper do drzwi w kształcie kury.

Oto i jest :-)

1. Najpierw opracowałam wykrój kury:
 Młodsza córcia stwierdziła, że kura musi mieć ziarno (więc dorysowała ;-) i jeszcze piórka i nóżki. Mój projekt się jej nie podobał, więc postanowiła mi pomóc ;-) Wy ten etap możecie pominąć, bo przygotowałam dla was gotowy wykrój do wydrukowania :-)
 2. Przenosimy wykrój na płótno i wycinamy
 3. Postanowiłam swoją kurkę ozdobić wstawką z lnu oraz bawełnianej tasiemki - docięłam je do kształtu kurki:
 4. Zamiast skrzydełka przygotowałam dla kurki kieszeń wyciętą ze starej sukienki. Z tego samego materiału powstanie grzebień i kokardka pod dzióbkiem. Na oczka przygotowałam czarne cekiny.
 5. Przyszywamy elementy: lniany dół:
 Po obu stronach kurki na równej wysokości (jak widać na zdjęciach nie obrabiałam brzegów, ponieważ moja maszyna nie ma takiej funkcji ;-) - przeszyłam je jakby "do góry nogami" a potem wywinęłam w dół i dopiero naszyłam tasiemkę (mam nadzieję, że nic się nie spruje i szew będzie mocniejszy):
 Tasiemkę naszyłam na ciemniejszy fragment materiału, żeby była bardziej widoczna:
 Kieszonkę naszyłam pod kątem, żeby było ciekawiej ;-)
 6. Z podwójnie złożonego materiału wycięłam i zszyłam grzebyk dla kurki. W miejscach "dolinek" trzeba dość daleko dociąć materiał (na wykroju zaznaczyłam to strzałkami), żeby grzebyk nabrał ładną formę.
 7. Po wywinięciu na prawą stronę wypełniamy grzebyk (np. wypełnieniem do poduszek), warto go jeszcze zabezpieczyć przed rozpruciem poprawiając szwy ręcznie:
 8. Zszywamy kurkę wzdłuż konturów (na czubku wszywamy grzebyk):
 Pamiętajcie, aby nie zszywać kurki na samym dole (musimy mieć jak przewrócić kurkę na prawą stronę i którędy ją wypełnić ;-) ).
 9. Już widać kształt kurki :-)
 10. Wypełniamy kurkę wypełnieniem do poduszek (ja do 3/4, a 1/4 zostawiłam na cięższe wypełnienie, ale myślę, że lepiej zostawić 1/3 lub więcej, bo moja kurka wyszła zbyt lekka).
 11. Brzegi zabezpieczyłam przed snuciem:
 12. Dodałam obciążenie - najpierw kukurydzę, ale mi zabrakło, więc dodałam fasolę ;-) Możecie użyć ryżu, kaszy lub piasku. W sklepowych stoperach jest piasek (pewnie w jakimś dodatkowym woreczku), ale ja chciałam użyć wypełnienia, które przetrwałoby ewentualne pranie w zimnej wodzie ;-)
 13. Zszywamy denko dość mocno, żeby kurka się nie rozeszła na szwach:
 14. Przyszywamy oczka (początkowo myślałam o guzikach, ale cekinki świetnie się sprawdziły - fajnie odbijają światło i kurka nabiera wesołości ;-) ).
 I nasza kurka jest gotowa :-)
Ciekawa jestem waszych realizacji ewentualnych kurek :-) Jeśli takie uszyjecie - pochwalcie się w komentarzach ;-)


A na koniec obiecane wykroje (do wydrukowania na A4):




sobota, 28 lutego 2015

Kurka - stoper do drzwi

Dziś z podwórka
przyszła kurka.
I choć piórek nie ma wcale,
Gdacze się jej doskonale.

Pilnuje wejścia do domu,
może być ozdobą stołu,
przytulanką też wspaniałą,
bo jest kurą doskonałą.



Choć dla mnie wcale doskonała nie była. To moja pierwsza kurka i nie korzystałam z gotowego wykroju. Te, które znalazłam w sieci nie spodobały mi się - ja chciałam kurkę, która by dobrze oddawała kształt prawdziwej kury ;-)



Niestety mój wykrój też nie spełnił moich oczekiwań. Po wypełnieniu jakoś inaczej się prezentuje niż na płaskim wykroju (wydaje mi się, że nieco "straciła" kształt). Być może dlatego te gotowe wykroje były np. zbyt pękate ;-).



Początkowo planowałam kombinować dalej, przerabiać wykrój itp., ale ostatecznie jak kurka się "odleżała", to zdecydowałam się jednak ją pokazać (spodobała się też mojemu kochanemu Gryzońkowi, a Ona ma bardzo dobry gust i wyczucie piękna jak nikt inny, więc... kurka musiała być ok ;-) ).  Chyba byłam zbyt wymagająca i nawet "zwyzywałam" kurkę od brojlerów ;-)



Moje córy ją pokochały - zamówiły tatę koguta i jeszcze żeby kurczaczki były ;-)



Kurka miała być stoperem do drzwi, ale ostatecznie okazała się być świetną zabawką i dekoracją.



Jako że sama czasem korzystam z różnych tutoriali zamieszczanych na blogach - chcę też dać coś od siebie i w kolejnym poście opublikuję DIY - jak uszyć kurkę-stoper do drzwi :-)
 

niedziela, 22 lutego 2015

Walentynkowe serducho

Niedawno obchodziliśmy święto zakochanych. Jakiś czas temu właśnie na walentynki przygotowałam ogromne serce - pufę. Nie mogłam wcześniej pokazać tej pracy, ponieważ zgłosiłam ją do wyzwania pt. "Walentynkowe serce" na blogu Turkusowy Hamak.

Pufkę wypełniłam specjalnym wypełniaczem do paczek zabezpieczającym tłukące się przedmioty podczas przesyłek (kupiony za grosze na Allegro ;-) ). Z perspektywy czasu myślę, że to był głupi pomysł, bo pufa zajmuje sporo miejsca i "zbiera" kurz, ale przynajmniej dzieciaki mają radochę ;-) Może w lecie posłuży jako fotel ogrodowy ;-)



wtorek, 17 lutego 2015

Warkoczowy wianek

Kilka dni temu na blogu Kasi (nazwa bloga Kreatywne życie) ukazał się tutorial jak wykonać ozdobny wianek.
Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem wykonania podobnego. Kasia zamieściła tak dużo zdjęć wianków i tak się napatrzyłam, że po prostu musiałam się zmobilizować wykonać swój - tym bardziej, że Kasia podała przepis jak go wykonać i już nie musiałam nic sama kombinować ;-)



Wykorzystałam skrawki materiałów, jakie miałam w domu.
Od dawna chciałam połączyć kratę z kwiatami - wbrew temu, co się często uważa, że te dwa skrajnie różne wzory do siebie nie pasują... Nic bardziej mylnego! Kluczem jest... kolor. Jeśli ten sam kolor pojawi się na kracie i w motywie kwiatowym (a jeszcze lepiej ten sam odcień), to nasza praca będzie wyglądała dobrze. Dodatkowo w jednej tego typu pracy lepiej łączyć materiały podobne gramaturą i „teksturą (choć bywają wyjątki, ale ja to jestem jednak z tych mniej odważnych ;-) ).



Tego typu połączenia często pojawiają się we wnętrzach w stylu angielskim. W naszym nowym domku pewnie też gdzieś będę przemycać ten tkaninowy mezalians ;-) Już oczami wyobraźni widzę te wianeczki, poduchy i inne „badziewia tak niepotrzebne do życia i „zawadzające mojemu mężowi, a dla mnie tak bardzo cieszące oczy ;-)

Córy złapały bakcyla i też ciągle coś tworzą - przy wianku pomagały wypełniać warkocz. Będę miała pomocniczki w urządzaniu naszych wnętrz :-)

Mój materiał w kwiatki leżał sobie kilkanaście lat w szafie i nadarzyła się okazja go wykorzystać. Choć pasowałby tu drobniejszy motyw, to „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma;-)


Póki Patynowy Domek jeszcze nie jest gotowy do zamieszkania, wianek tymczasowo ozdabia drzwi w naszej salono-kuchnio-sypialnio-gabineto-bawialni - docelowo pewnie zawiśnie gdzieś w oknie lub na drzwiach w nowym domku :-) Ach... :-) :-) :-)

niedziela, 31 sierpnia 2014

Poduszka dla męża

Wahałam się, czy pokazać wam tę pracę, ale ostatecznie jednak się zdecydowałam ;-)
To jedna ze starszych moich prac.
Poduszka powstała dla męża (wtedy jeszcze "chłopaka" ;-) ) i była żartobliwym prezentem ;-)
Uszyłam ją ręcznie, a że miał to być prezent, to zszywając przód i tył wbijałam igłę co krateczkę kanwy ("plecki" również są z kanwy), żeby szwy równo wyszły ;-). Tylko zamek wszyłam na maszynie.
Wzór odszyłam od gotowego haftu koleżanki mojej mamy.
Dziś, w dobie Internetu pewnie nie wybrałabym takiego wzoru ;-) , ale te 9-10 lat temu (jak ten czas leci!) możliwości dotarcia do wzorów haftów miałam ograniczone. Poza tym, wtedy jeszcze nie dostrzegałam (bo nie miałam porównania) w tego typu wzorach tych kanciastych form i braku półcieni ;-)


środa, 23 lipca 2014

Poszewka na poduszkę

Starsza córcia marzyła o różowym kucyku Ponny o imieniu Pinkie Pie (postać z bajki).
Oryginalne zabawki są drogie, więc odkąd zobaczyłam wzór opracowany przez Emilkę z blogu http://www.mojapasjamojswiat.blogspot.com a zamieszczony tutaj pomyślałam, że spełnię marzenie córki.

Już prawie kończyłam wyszywać, gdy córcia ze łzami w oczach zakomunikowała mi, że ten konik to ma przecież ruszać nóżkami, a jak on będzie chodził jak ma połączone nóżki...

Ostatecznie dodatkowym nakładem pracy osiągnęłyśmy kompromis i powstała poszewka na poduszkę:


P.S. Kursik jak uszyć taką poszewkę znajdziecie na Turkusowym Hamaku :-)

piątek, 25 kwietnia 2014

Metamorfoza maszyny do szycia

Odkąd pamiętam stała zawsze u mojej Babci "podpierając" drzwi. Prawie w przejściu, bo innego miejsca na nią nie było, ale Babcia ani myślała się jej pozbywać. To właśnie na tym Łuczniku szyła sukienki dla mojej mamy, kiedy była mała i później - spełniając Jej marzenia o modnych ciuchach kiedy dorastała. To tu z koronki (takiej przypominającej firankę ;-) ) łącząc rząd po rzędzie uszyła sukienkę do I Komunii dla mojej starszej siostry. Potem, skrócona o prawie 10 cm, nad czym bardzo ubolewałam, przyodziała również i moje wtedy wątłe i niskie ciałko w Tym Ważnym Dniu.

Pamiętam, że jako kilkuletnia dziewczynka uwielbiałam bawić się "kiwaczką" u stóp maszyny  ;-) Wyobrażałam sobie, że te same miejsca dotykała moja Mama, kiedy była mała. Chciałam być taka jak Ona...

Potem Babcia pokazała mi jak szyć i przy okazji odwiedzin często coś przeszywałam, skracałam, wymieniałam zamki czy nawet uszyłam kilka rzeczy, w tym sukienkę dla Mamy na moją 18-nastkę ;-)
Mimo że szyje tylko ściegiem prostym, to do dziś robi to tak, jakby "grała muzyka" - leciutko, ale przy tym zwinnie, w określonym rytmie, który nadadzą jej stopy... Zupełnie inaczej niż na elektrycznej, która i tak się zepsuła po upływie gwarancji...

Nie wiem, w którym roku została wyprodukowana (późne lata 50.?), bo nigdzie nie ma daty. Może numer modelu byłby dla znawcy bardziej oczywisty. Babcia odkupiła ją od jakiegoś Pana. Podobno była zaniedbana, ale większych "remontów" (poza regulacją) Babcia nie przeprowadzała.
Miała trafić do znajomej, kiedy Babcia stwierdziła, że już z niej nie będzie korzystać, ale dzięki czujności mojej Mamy i pomocy brata (który dźwigał ją razem ze mną z czwartego piętra) trafiła do mnie (Babcia była przekonana, że jej nie potrzebuję, skoro kiedyś kupiłam elektryczną...).

Najpierw ją pokochałam, ale potem... nabrałam obrzydzenia i myślałam nawet czy się jej nie pozbyć (!), bo niemiłosiernie śmierdziała papierochami, czego nie trawię. Mycie, wietrzenie, szlifowanie i malowanie nic nie dało :-( Chyba nie ma się czemu dziwić - w końcu stała z 50 lat najprawdopodobniej nigdy nie myta i okadzana kilkadziesiąt razy dziennie dymem z papierosów...

Nie podobała mi się też moja metamorfoza tej maszyny. Musiałam nabrać dystansu. Czeka ją jeszcze kilka szlifów, chciałabym poprawić cieniowanie i dodać kilka warstw lakieru. Nie nastąpi to szybko, więc pomyślałam, że może i warto by ją było pokazać?

Po przywiezieniu Łucznika od Babci z wrażenia zapomniałam zrobić jej zdjęcia i niestety nie mogę pokazać jak wyglądał oryginał przez metamorfozą :-(
W Sieci jednak znalazłam taki sam model w identycznym stanie jak moja. Identyczny kolor, warstwa kurzu ;-) i zdarta miejscami okleina.


Zdjęcie pochodzi z serwisu hiper-ogłoszenia:


Moja dodatkowo ma wypaczony blat, ale nie wymieniałam go, bo w tym jej urok. Jedynie zaszpachlowałam ubytki.
Podoba mi się bielone drewno, więc chałupniczo i nieprofesjonalnie (po tym jak nigdzie nie dostałam białej bejcy) pomalowałam maszynę białą farbą akrylową (do tego przeterminowaną) do... grzejników.
Jak szaleć to szaleć ;-) Potem przetarłam jeszcze raz papierem ściernym i polakierowałam lakierem bezbarwnym do mebli dziecięcych (półmat). Sprawdził się świetnie, bo nie śmierdział :-)
Potem przyszła pora na ozdabianie. Nie miałam dużej praktyki w decoupage'u, ale miałam wizję "obklejonej" maszyny, więc po prostu MUSIAŁAM to zrobić ;-)

Poćwiczyłam na tekturowym pudełku (wcześniej próbowałam z serwetkami, a przy okazji pudełka i maszyny debiutowałam z wydrukami), które zaprezentuję w następnym poście.
Miało być jak najtaniej, więc nie inwestowałam w żadne transfery itp. Próbowałam drukować na papierze śniadaniowym, ale to była kompletna klapa, więc wydrukowałam na zwykłej kartce ksero... potem lakierowałam ją lakierem do włosów, żeby tusz się nie rozmazał.
Pewnie czytając to włos się jeży na głowie profesjonalistkom decu, ale... jak szaleć to szaleć ;-)

Zdjęcia nie są idealne, ale lepszych już mieć nie będę niestety (no, chyba że w Nowym Domu :-) Wtedy na pewno pokażę ją w nowej aranżacji, choć małż (celowo nie mąż :P ) się przegaduje ze mną, że... będzie stała w garderobie...). Maszyna stoi w pokoju północnym i trudno o dobre oświetlenie, nawet kiedy Bozia dobrze przyświeci ;-) ).

Wzory łowickie są naklejane z serwetek, duży rysunek maszyny wydrukowałam, wycięłam go i odrysowałam, a następnie wypełniłam ręcznie czarną farbą (pędzelkiem). Igła z nitką z czoła maszyny malowana jest ręcznie beż żadnego szablonu (ot tak, dałam się ponieść ;-) ). Cieniowania blatu są zrobione patyną a "przecierki" na metalowych nóżkach to maźnięcia pędzlem farbą w kolorze miedzi (też przeterminowaną ;-) ale nic się nie stało (była zbyt gęsta, więc rozcieńczyłam ją rozpuszczalnikiem uniwersalnym...).


Wydruki, które nakleiłam na maszynę przypominają mi wycinki z gazet z wykrojami, jakie oglądałam u Babci. Przeważały w nich czerwienie i niebieskości, a postacie dzieci przypominały mi bardziej lalki niż odwzorowanie dziewczynek czy chłopczyków.

Było mało "sielsko" jak dla mnie, więc dodałam jeszcze motywy łowickie. Nie do końca jestem zadowolona z efektu, nie wiem czy to nie "mezalians" łączyć takie motywy. Jak znów nabiorę dystansu, to pewnie popatrzę na to inaczej ;-)




Maszyna do szycia "Łucznik" wyprodukowana w Zakładach Metalowych im. Generała Waltera w Radomiu. Niestety nie wiem, w którym roku - być może późne lata 50.?


 Szycie na niej to poezja, mimo że szyje tylko ściegiem prostym. Jest jednak regulacja "gęstości" ściegu, czyli można ustawić odległości wbijania igły (5 poziomów) oraz funkcja cofania :-)


 Jedna z dwóch szufladek. Zamiast kluczyka pasuje... śrubokręt!


Tył maszyny


Tańcowała igła z nitką ;-)

zobacz także inne posty